Australijczycy, diugonie i krab Stefan

Jacy są Australijczycy? I kto to jest Australijczyk?

Pisałam już wcześniej, że Australijczycy to bardzo uprzejmi i uśmiechnięci ludzie. Są mili, przyjaźni i prawie nigdy nie narzekają. Miło pytają nas skąd jesteśmy i cieszą się naszą wyprawą. Zawsze witają “How are ya?” (czasem dodając “mate“) co początkowo mnie dziwiło, ale potem przyzwyczaiłam się i z chęcią odpowiadałam “Great” lub “Fine“, odwzajemniając tym samym pytaniem.

Gdy nocą zajechaliśmy do Gladstone i zaparkowaliśmy na prześlicznym cypelku, aby spędzić tam noc koło 22.00, zapukał do nas strażnik i nieśmiało wytłumaczył, że zamyka cypel na noc! Bardzo nas przepraszał i poradził, abyśmy zaparkowali w marinie, gdzie można bez problemu spędzić noc w aucie. Wsiadł do auta i poprowadził nas, pokazując nam dogodne miejsce. Innym razem nocowaliśmy na parkingu, na którym wyraźnie było napisane “no overnight stay“, “fines apply” i tym podobne ostrzeżenia. Zignorowaliśmy, bo w okolicy nie było tak zwanych “free camps“, a my byliśmy bardzo już zmęczeni. Następnego dnia rano inny strażnik, również z przepraszającą miną, poinformował nas o zakazie i wręczył listę miejsc na bezpłatny parking, czyli free camp-ów. Jednym słowem Australijczycy są przemili i bardzo “poprawni politycznie”.

Do Rockhampton, stolicy australijskiej wołowiny, trafiliśmy następnego dnia, to jest w niedzielę, aby dołączyć do lokalnych rodzin robiących piknik w parku z wodnym placem zabaw. Było to ciekawe doświadczenie socjologiczne – większość obecnych mieszkańców to Australijczycy europejskiego pochodzenia, głównie oczywiście z Anglii. Byli więc jaśni blondyni, często piegowaci i bladzi. Zaszokowało mnie, że większość była mocno otyła, zupełnie inaczej niż w Sydney czy Brisbane. Niektórzy ludzie wyglądali wręcz groteskowo. Oczywiście na stoiskach grillowych królowało mięso. Obok wolny czas spędzały ciemnoskóre rodziny Aborygenów. Ku mojemu zdziwieniu, zauważyłam kompletny brak integracji, obie grupy osobno. Jest to wynik, jak wiadomo, brutalnej polityki kolonizacyjnej, choć czy kolonizacja może być dobra? Niemniej Nowa Zelandia poradziła sobie dużo lepiej z tematem rodowitych mieszkańców, o czym przekonaliśmy się dwa miesiące później.

W Gladstone, po noclegu w marinie, rano przenieśliśmy się znów na cypelek, z którego nas “przegnano”. Doładowaliśmy sprzęt elektroniczny, bo stoisko grillowe miało gniazdka zewnętrzne (rzadkość!), a potem zrobiliśmy spacer wokół cypla. Ścieżka było usiada edukacyjnymi tablicami o lokalnych ptakach, rybach, delfinach, diugoniach, żółwiach i krabach. Świetna okazja do nauki “hands-on“: ptaki latały w około, na kamieniach przeróżne kraby, a w morzu czasem przepływające delfiny.

Następny nocleg wypadł w Clairview, obok miejsca oznaczonego jako “Dugong Sanctuary“. Rano budzimy się, spoglądamy na morze, a tu pusto, pusto, pusto! Przed nami kilometry błota, spośród którego wystają korzenie lasu namorzynowego lub pojedyncze skały. Spacerując głębiej, w stronę wody, zastanawiamy się czym są kupki błota ułożone jak stożki zrobione z makaronu (później dowiadujemy się, że to ziemia “przerobiona” przez skorupiaki). Oczywiście nie widzimy krów morskich, czyli diugoni, za to pełno jest trawy morskiej, która jest ich głównym pokarmem. Są też małe krabiki w kałużach oraz pojedyncze muszle.

Jedziemy dalej i po drodze robimy przerwę w Mackay. W pewnym momencie Konrad mówi “mamo, czemu chodzi mi po plecach krab?”. Przyglądam mu się uważnie i szukam znaków żartu na jego twarzy, widzę jednak lekkie przerażenie. Konrad zaczyna drapać się po plecach, więc sprawdzam co tam się dzieje. Rzeczywiście, po plecach Konrada chodzi malutki krabik!

Przerażony krabik ucieka za kamperowe łóżko i nie możemy go znaleźć. Jednak podczas gotowania powoli wychodzi spod łóżka i udaje nam się go złapać. Włożyliśmy go do kubeczka, dołożyliśmy muszlę, która wcześniej była w kieszeni Konrada i która prawdopodobnie była jego domem w sanktuarium diugoni, a następnie ochrzciliśmy go imieniem Stefan.

Konrad zawsze marzył o krabach w akwarium, oto spełniło się jego życzenie! Stefan jednak nie był zadowolony z tego obrotu sprawy, powoli tracił siły i coraz mniej się poruszał. Postanowiliśmy wypuścić go do morza w najbliższej marinie. Zostawiliśmy go więc na kamieniach, tuż przy tafli wody, obok zjazdu pojazdów do morza. Niestety, Stefan albo nie przeżył tej przygody, albo udawał krabim zwyczajem. Po wypuszczeniu nie ruszał się i tak go zostawiliśmy – malutkiego, nieruchomego krabika Stefana z sanktuarium diugoni..