Dojazd do Uyuni, czyli gubimy koła i hamulce

Podróż do Uyuni

uyuni

Bierzemy skrót! Jedziemy od razu z Oruro do Uyuni, omijając Potosi i Sucre. Andrzej jest zawiedziony Boliwią, a ja już kilka lat temu widziałam Sucre i Potosi, więc nie protestuję. Jedźmy do Chile! Ale nie tak szybko. A raczej bardzo wolno. Bo skrót, który wybraliśmy, okazał się być pomyłką.

Jak przebiegała nasza podróż?

Początkowo droga była w porządku. Asfalt, dosyć szeroko, przy drodze czasem jakieś miasteczka lub stacje benzynowe. Nawet bramki z opłatami (tak zwane „peaje”) były. W końcu dojeżdżamy do rozjazdu na Uyuni, a droga z asfaltowej zmienia się na ubitą drogę w piachu. Pytamy napotkanego na tym pustkowiu kolesia w ubraniu roboczym – wygląda jak szef ekipy remontującej drogę. Mówi, że droga jest ok. Dopytujemy, czy takim autem, jakie mamy – bez napędu 4×4, ciężkie auto – przejedziemy. Mówi, że spokojnie. No to jedziemy.

podróż

Łapiemy gumę!

Już wkrótce łapią nas pierwsze wątpliwości. Droga jest bardzo kiepska, często tak zwana „tarka”. Wokół zupełnie, całkowicie nic. Czasem jakieś guanaco czy lama. Po dwóch godzinach jazdy tarką łapiemy gumę. Zaczyna się zabawa w zmianę koła. Tata podnosi auto i wymienia koło, chłopaki noszą kamienie i budują wieżę, dopingując tatę. W końcu jedziemy. Trochę jednak się boję, bo nie mamy drugiego koła zapasowego, a wokoło NIC.

W końcu dojeżdżamy do kilku domostw na trasie (jedyna miejscowość po drodze), gdzie szukamy wulkanizatora. Jest oczywiście, bo przy takich drogach na pewno ma popyt, niestety okazuje się, że mamy zbyt wielką dziurę na załatanie. Trzeba kupić nową oponę.
Robi się późno, więc zostajemy w tej mieścince na noc. Parkujemy między torami kolejowymi a barem z najpopularniejszym daniem w Peru i Boliwii – kurczakiem smażonym i frytkami. W barze jest telewizor, który ledwo działa, ale całkowicie pochłania moich chłopców. Leje okropnie i jest bardzo zimno. W nocy grzejemy w naszym kamperze grzejnikiem, ale powoli kończy nam się prąd w akumulatorze i grzejnik zaczyna szwankować. Budzę więc o świcie Andrzeja, zapalamy silnik i wyruszamy w dalszą drogę.

podróżowanie

Kolejne przygody

Następnego dnia znowu przygody. Deszcz nocny zamienił ubite drogi na drogi w błocie. W miasteczku również zatrzymało się kilka ciężarówek. Jeszcze przed naszym startem były już na trasie. Niestety wkrótce je omijamy, stoją zagrzebane w błocie i czekają na pomoc. Czujemy, że i nas czeka podobny los.

Podjeżdżamy pod jedną z większych górek na trasie i z trudem mijamy ogromną ciężarówkę zakopaną w błocie. Po nocnej ulewie dosłownie ślizgamy się na drodze. Zjeżdżając z góry tracimy przyczepność i lądujemy w głębszym błocie.
Andrzej próbuje nas odkopać. Z przodu, z tyłu, podstawia deskę pod koła, ja wrzucam wsteczny, ale nic. Nie udaje nam się ruszyć auta. Próbujemy, a potem po prostu czekamy na pomoc. Chłopaki wyczuwają nasze zdenerwowanie . Kacperek zaczyna rozrabiać, za to Konradziu jest bardzo spokojny. Na szczęście na horyzoncie pojawia się nowa ciężarówka, ale nie zjeżdża. Stoimy w poprzek drogi z przednimi kołami w błocie – ciężarówka nie przejedzie. W duchu cieszę się, bo będzie nam musiała pomóc.

rodzina

Nadchodzi pomoc

Kierowca ciężarówki schodzi do nas i z ustami pełnymi koki i czerwonymi oczami ocenia sytuację. Mówi, że może powoli zjechać autem i potem nas podholować do tyłu, aby wyciągnąć z błota. Omawiamy sytuację z pięć razy, ale kolesiowi nie spieszy się. Dobrze, bo obawiam się, czy da radę zjechać bez uderzenia w nas. Niespodziewanie wokół zgromadziło się kilku obserwatorów, nawet nie wiem skąd. Kierowca ciężarówki wraca do siebie (mam wrażenie, że jest nieco nieobecny), tymczasem obserwatorzy sugerują, że spróbują wypchnąć auto z błota ręcznie. Wszystkie chłopy pchają, a ja za kierownicą wsteczny daję. Raz, dwa, trzy… i jest, wyjechaliśmy! Dziękuję im rzewnie i ostrożnie jedziemy dalej. Jakiś czas później znowu lądujemy w błocie. Scenariusz się powtarza – gromadzą się obserwatorzy, którzy potem pomagają wypchać nam auto.