dziwy z Hervey Bay: unschoolers, wieloryby i delfiny

Czy wiecie kto to są “unschoolers“, czyli w wolnym tłumaczeniu nie-szkolniaki? Co to za mityczny twór edukacyjny?

Już wcześniej słyszałam o “unschoolers” i idea ich stylu życia bardzo mi odpowiada, choć równie bardzo wydaje się być nierealna. Otóż “unschoolers” to ludzie, którzy nie wysyłają dzieci do szkoły i teoretycznie uczą je sami w domu, ale w rzeczywistości pozwalają dzieciom na swobodny rozwój i naukę. Czyli nie mają żadnego “curriculum”, tj. planu nauki, nie “wmuszają” nauki, a jedynie stymulują dzieci na różne sposoby, aby rozwijały swoje pasje. W ich założeniu – dzieci i tak nauczą się potrzebnych umiejętności, typu pisanie, czytanie, licznie, ale stanie się to jakby przy okazji uczenia się świata bądź pogłębiania swoich pasji. Z drugiej strony bez rodzica czy nauczyciela, który “wbija” im do głowy naukę dzieci nie zniechęcą się do okrywania świata i zadawania pytań.

My w tym roku my dołączyliśmy do grona rodzin edukujących w systemie edukacji domowej, ale będąc w podróży poniekąd staliśmy się “roadschoolersami“. Byliśmy więc zachwyceni, kiedy dostaliśmy zaproszenie od Amandy i Andrew z Hervey Bay na grupie “Homeschoolers Australia”, choć zupełnie nie wiedzieliśmy kogo spotkamy.

Okazało się, że Amanda i Andy to fantastyczni ludzie, którzy przyjęli nas z otwartymi sercami. Przygotowali na nasz przyjazd specjalne jedzenie, ich dzieci oddały nam swój pokój, abyśmy mogli odsapnąć od spania w kamperze, a potem wzięli nas na spacer po molo, na koniec pomagając nam zarezerwować lokalną atrakcję: wyprawę na oglądanie wielorybów.

Amanda i Andy żyją bardzo nowocześnie, zgodnie z najnowszymi trendami. Nie chodzi tu jednak o super sprzęt lub aplikacje. Wręcz przeciwnie, są to trendy “eko”: jaja, mleko i mięso mają “lokalne” – albo od własnej babci, albo przez kooperatywę spożywczą z rolnikami. Sami robią przeróżne przetwory. Oczywiście sortują i kompostują śmieci. Starają się kupować jak najmniej, najczęściej samemu robiąc potrzebne produkty lub wymieniając się. Chemię kupują od przyjaznych środowisku manufaktur przez zawiązane, lokalnie kooperatywy. Wyznają zasadę minimalizmu – ich dom nie jest zbiorowiskiem przeróżnych niepotrzebnych przedmiotów, jest czysty i schludny, a jednak ciekawy.

A jakie są wychowane “bez szkoły” dzieci? W mojej ocenie: fantastyczne, pełne inicjatyw i pomysłów. Same np. wyszywają i sprzedają te dzieła na sieci, tworzą ekologiczne kosmetyki w kartonowych opakowaniach (zero plastiku) i sprzedają. Najstarszy postanowił pójść do pracy (pomocnik na budowie) aby zarobić na własny komputer. Każdy gra na jakimś instrumencie i razem tworzą orkiestrę domową. Dzieci czytają, bawią się, grają, pomagają, zarabiają. Mają świetny kontakt z rodzicami, są miłe i uczynne. Oczywiście każde ma własny charakter, własne mocne i słabe strony, ale nie odbiegają w żadnym stopniu od dzieci “systemowych”.

Tymczasem całą ekipą wybraliśmy się na molo w Hervey Bay, zwane tutaj “jetty“. Cała ekipa dzieciaków podbiegała do wszechobecnych w Australii wędkarzy i zaglądała im do wiaderek. W Australii bowiem wędkowanie jest sportem dla każdego, jest jednak ostro regulowane. Prawie na każdym molo są tablice informujące o rodzaju ryb lub mięczaków na danej plaży oraz o dopuszczalnych wielkościach i ilościach połowów. Za złamanie tych zasad grożą wysokie kary, przykładowo 400 dolarów australijskich.

Po długim spacerze Andrew zamówił lunch: “chips” dla wszystkich, bowiem “fish” z tradycyjnego “fish&chips” byłoby za drogie. Do tego Andy dorzuca sos “gravy” – taki sos, jaki my dodalibyśmy do mięsa. Nasze wyjaśnienia, że u nas frytki jemy z ketchupem wywołują zdziwienie. Do posiłku dokładamy nasze marchewki, orzechy i gruszki, co jeszcze bardziej dziwi gospodarzy. No cóż, akurat australijskie zwyczaje zjadania “fish&chips” bądź wszelkich włoskich potraw (pizza, spagetti) nie służą temu narodowi, ale niemniej są popularne.

W południe słońce tak grzeje, iż z ulgą uciekamy do domu. W chłodnym, ocienionym domu spędzamy kilka godzin, aby wieczorem wybrać się na klasyczne australijskie zajęcie – pływanie i grill przy plaży. Przy zachodzącym słońcu kąpiemy się w Pacyfiku. Woda jest dosyć ciepła, ale zimny wiatr trochę psuje zabawę. Na kolację objadamy się kiełbaskami z grilla – w Australii prawie na każdym parkingu można znaleźć “stoiska grillowe” – to grille elektryczne, z których każdy może korzystać “na monetę”. Jak już jest ciemno nad głowami krążą nam wielkie, australijskie nietoperze “flying foxes“, do których powoli przywykamy.

Następnego dnia udaliśmy się na wycieczkę, która pochłonęła nasz dwudniowy budżet. “Whale watching” w Hervey Bay kosztował 90 AUD /os. dorosłą, 60 AUD za dziecko. Ale warto było – płynąc obok słynnych Frazer Islands widzimy mamę wieloryba humbak (humpback whale) z cielakiem płynącym obok. Wieloryby machają płetwami bocznymi, czasem pokażą całą płetwę ogonową (ponoć każdy z nich ma inny wzór na ogonie, po którym można je rozpoznać!). Wycieczka szybko jednak nudzi dzieci, ale na szczęście (pisałam już o tym?) Australia to bardzo przyjazne dzieciom państwo – na łódce jest kącik dla dzieci z kredkami i książeczką z zadaniami (activity book) , która jest równie ciekawa i dla mnie. A na lunch dostajemy muffinki!

Na wieczór jedziemy do Tin Can Bay, gdzie o siódmej rano można brać udział w karmieniu dzikich delfinów! Rano, po śniadanku i porannej zabawie, udajemy się na malutkie molo, gdzie dwie pracownice zaczynają opowiadać o delfinach. Będziemy mieć tu do czynienia z australian humpback dolphins. Wreszcie podpływa samica z małym, a po chwili dołączają jeszcze dwa samce. Na ich skórze widać ślady zadrapań – ponoć to skutki walk z rekinami. Ci, którzy wykupili “token” za 10 AUD mogą podejść do delfinów i dać im mały kawałek ryby do pyska. Konradowi udaje się ta sztuczka, choć delfin wypuszcza rybę i połyka ją dopiero w wodzie. A to ci przygoda!