Odessa z dziećmi

Odessa z dziećmi – there and back – wypad nad Morze Czarne

Odessa z dziećmi? Skąd pomysł na taki, dość nietypowy, kierunek wyjazdowy? Mieszkając w Berlinie spotkaliśmy bardzo dużo Niemców, którzy nie byli nigdy w Polsce, bądź byli tylko raz, ileś lat temu w jednym mieście. Nie wiedzą zbyt wiele o prawdziwej Polsce i poniekąd boją się Polskę odwiedzić. To za wstyd, pomyślałam. Sąsiad zza miedzy, a Niemcy znają nas gorzej niż Włochy bądź Hiszpanię.

A co z nami? Czy Polacy znają swoich wschodnich sąsiadów? My też trochę boimy się wypraw “na wschód” i mało wiemy o naszych sąsiadach.

Tak powstał pomysł, aby przed dużą wyprawą w świat po raz kolejny pojechać na Ukrainę i zahaczyć o Mołdawię. Byliśmy już na Ukrainie kilka razy, między innymi we Lwowie, w Kijowie czy kilku pomniejszych miasteczkach, ale nie zdążyliśmy zobaczyć ukraińskiego Krymu przed jego aneksją, więc teraz pomyśleliśmy o podróży do Odessy, póki można.

Nasza trasa do Odessy prowadziła przez przejście w Medyce, potem oczywiście Lwów i dziki nocleg w kamperze nad maleńkim jeziorkiem w okolicach Lwowa. Noclegu szukaliśmy już po ciemku i byliśmy nieco wystraszeni gdzie wylądujemy. Tymczasem nad ranem jeziorko, choć całe zielone od porastających je glonów, przywitało nas przepięknymi widokami oraz przyjaznymi wędkarzami. Okazało się, że Panowie rozumieją język polski, są przyjaźni dzieciom i chętnie pokazują ryby, częstują morelami i zaczynają dyskusje polityczne 🙂

Kolejnym miastem na naszej trasie był Tarnopol – miasto kiedyś założone przez Polaków, na którym trafiliśmy na nowo wyremontowany deptak i plażę z placem zabaw i siłownią. Dzieciaki wybawiły się z lokalną bandą, a my ruszyliśmy dalej na nocleg do polecanego nam przez podlwowskiego wędkarza miasta Winnica – pełnego zieleni i słońca. Niestety drogi na Ukrainie są zdecydowanie gorsze niż w Polsce, nie ma mowy o autostradach, więc mieliśmy dosyć duże opóźnienia na trasie. W końcu jednak, po 2,5 dniach podróży dojechaliśmy do Odessy.

Odessa

Odessa niestety przywitała nas korkami na ulicach oraz widokiem pięknych, ale bardzo zaniedbanych kamienic. Długo szukaliśmy zaznaczonego na mapie campingu i odnaleźliśmy hybrydę parkingu i pola namiotowego – za pierwszą linią restauracji i barów nad Morzem Czarnym znajdowało się brudne i zaniedbane “pole namiotowe” – bez jakiejkolwiek infrastruktury. Mamy szczęście, że nasz kamper ma prysznic i ubikację, bo warunki na owym “polu namiotowym” wołały o pomstę do niebios. Jedynym plusem była cena (camping MALIBU, cena 50 grywien) oraz bliskość plaży.

Kolejny dzień to wizyta w centrum Odessy i Delfinarium Nemo. Wybraliśmy się na molo przy delfinarium, które jest bardzo zadbane i dosyć popularne. Niektóre jego części są zarezerwowane tylko dla gości ekskluzywnych hoteli, czyli “lepszych obywateli”.

Delfinarium w połączeniu z małym, acz ciekawym Oceanarium było oczywiście bardzo ważną atrakcją dla naszych dzieci – wyczekaliśmy się na popołudniowy pokaz, pojedliśmy owoców morza i smażonej cebuli oraz zakupiliśmy pamiątki. W końcu udaliśmy się na pokaz, podczas którego oglądaliśmy foki, lwy morskie oraz delfiny wykonujące przeróżne sztuczki cyrkowe. Subiektywnie pokaz był dosyć komercyjny (nawoływania na płatne zdjęcia z delfinami, zakup obrazu malowanego przez delfina itp.) oraz smutny z uwagi na to, że delfiny tutaj są zniewolone i tresowane, mam więc odnośnie tego miejsca mieszane uczucia. Dzieciom za to bardzo się podobało, ale obiecałam im, że obejrzymy delfiny na wolności podczas naszej następnej wyprawy w Australii!

Odessa z dziećmi – delfinarium Nero
Odessa z dziećmi
Odessa z dziećmi- delfinarium Nero
Odessa z dziećmi
Odessa z dziećmi- wodok na molo
Odessa z dziećmi
Odessa z dziećmi – spacer po molo

Na nocleg jedziemy do miejscowości Zatoka (Затока), gdzie parkujemy na campingu między Morzem Czarnym, a deltą Dniestru. Camping z kategorii “basic”, czyli kiepskie ubikacje, płatny prysznic (10 grywien) oraz średnia cena (auto 80 grywien, dorosły 60 grywien, dziecko 30 grywien), ale pełen przyjaznych ludzi oraz przewiany rześkim wiaterkiem.

Po dwóch dniach odpoczynku, pływania, zabaw i rozmów wracamy do Odessy aby obejrzeć starówkę, a przede wszystkim schody potiomkinowskie oraz molo nad morskim portem, z między innym, żoną kapitana czy yaht clubem. Spotykamy też ekipę z Krakowa, którzy podróżują przerobionym ambulansem.

Mołdawia

Spontanicznie decydujemy się na nocny wjazd do Mołdawii i przez to przeżywamy najciekawszą przygodę tej wyprawy! Granica oddalona jest zaledwie 70km od Odessy, zmierzamy więc do Kuchurhan i odczekujemy swoje na granicy czekając na obsługę ze strony celników w ogromnych, post-sowieckich czapkach. Dostajemy kartkę “transit“, a na niej termin wyjazdu z kraju nazajutrz, o godzinie 6 rano! Coś takiego!

Andrzej wraca więc do celników i próbuje wyjaśnić sprawę. Okazuje się, że wjechaliśmy do (nieistniejącej, a raczej nieuznawanej przez świat) Naddniestrzańskiej Republiki Mołdawskiej. Mamy 9 godzin na wyjazd, nie bardzo wiedząc gdzie kończy się to państwo-widmo. Nasze mapy (używamy Osmand i Google Maps) nie pokazują żadnej granicy, ale jesteśmy pewni, że Kiszyniów to na pewno Mołdawia, więc ruszamy. Najgorsze jest to, że drogi w Mołdawii są na podobnym poziomie jak na Ukrainie, a więc czeka nas slalom między dziurami, a jest już noc i widoczność tych dziur jest kiepska.

Ruszamy i czekamy na granicę. Wreszcie dojeżdzamy do dwóch budek i celników w tychże samych ogromnych post-sowieckich czapkach. Odbierają nam karteczkę “transit” (czyli naszą wizę tranzytową) i wysyłają dalej. Na pytanie gdzie celnicy mołdawscy machają ręką: “dalej”. A dalej zatrzymuje nas patrol żołnieży rosyjskich. Tuż przy scocie zaparkowanym przy drodze, skierowanym, o dziwo, nie w stronę Kiszyniowa, ale w stronę stolicy Naddniestrza, czyli Tiraspolu. Żołnierze rosyjscy byli bardzo rozmowni. Jest 23.00, a oni ze złośliwym uśmiechem na ustach pytają co Polska robi z jabłkami, których nie może już sprzedawać Rosji. I czy aby Merkel nam pomoże? Czy Unia płaci ludziom? Czy lepiej nam z Unią, zamiast trzymać się matiuszki Rasiji? Jestem chętna na dyskusje społeczno-polityczne, ale dzieci płaczą, więc Andrzej mnie pogania i jedziemy dalej. Wciąż szukamy celników mołdawskich, ale bezskutecznie. Dojeżdzamy do Kiszyniowa i parkujemy tuż obok parku Valea Morilor i jeziora z plażą miejską.

Odessa z dziećmi

Kiszyniów

Następnego ranka witamy dzień kąpielą w jeziorze i zabawami na plaży. Potem śniadanko i ruszamy obejrzeć Kiszyniów. W centrum trafiamy na święto jagody i festyn dla dzieci. Zajadamy się ciastkami i galaretkami z jagodami, Konrad maluje sobie koszulkę z minionkiem. Potem spacerujemy po centrum, odwiedzamy katedrę ortodoksyjną w parku katedralnym, łuk triumfalny i budynki naokoło.

Na noc jedziemy do osławionej winnicy Circova. Nocujemy niedaleko wejścia do winiarni dołączając się do pikniku kilku mołdawskich rodzin. Oczywiście raczymy się winem z piwnic Circova oraz angażujemy się w rozmowy o polityce, kulturze i bieżących wydarzeniach z Vitalim i jego kumplami. Dzieci mimo bariery językowej bawią się wyśmienicie, a rodzice podziwiają widoki na kanion i cieszą z tego spontanicznego spotkania.

Nazajutrz zwiedzamy podziemne korytarze firmy Circova – państwowego molocha produkującego wino. Program zwiedzania znowu nastawiony jest na promocję i zakupy – dowiadujemy się o procesie produkcji, ale też możemy kupić butelki wina i szampana w firmowym sklepiku. Gdybyśmy wnieśli dodatkową opłatę moglibyśmy opić się winem w podziemnych salach. Wiemy jednak, że w lokalnym supermarkecie ceny są niższe, a dzień dopiero się zaczął, więc obie atrakcje omijamy szerokim łukiem.

Odessa z dziećmi
Mołdawia – piwnice winne w Circova
Odessa z dziećmi
Mołdawia – piwnice winne w Circova

Następną atrakcją w Mołdawii jest kompleks klasztorny Stare Orhei (Orheiul Vechi). Droga do klasztorów prowadzi wysoką skarpą, a na ścieżce można znaleźć połamane muszelki. Dlaczego? Kiedyś było tutaj Morze Sarmackie, które wyschło i pozostawiło warstwy zlepieńców i wapieni. Trasa jest bardzo malownicza i ciekawa dla dzieci. Zarówno widoki na kanion, jak i muszelki na ścieżce oraz oczywiście klasztory i jaskinie mnichów przyciągają uwagę dzieci.

W Mołdawii zwiedzamy też wspaniałą twierdzę Soroca, wspaniały budynek położony w centrum miasteczka, obok placu zabaw, na wysokim nabrzeżu Dniestra. Uwaga, twierdza jest zamknięta w poniedziałki i wtorki!

Odessa z dziećmi
Mołdawia, Stare Orhei – w drodze do klasztoru
Odessa z dziećmi
Mołdawia, Soroca – twierdza

Kierujemy się na Ukrainę ale po drodze zahaczamy jeszcze o miasteczko Balti. Nie zachwyca nas jednak to miejsce, a ponieważ nieco nam się śpieszy, jedziemy dalej.

Kamieniec Podolski

Na Ukrainie zwiedzamy Kamieniec Podolski, a potem zamek w Chęcinach. Kamieniec Podolski zaskakuje nas przepięknym rynkiem i kościołem oraz prześlicznymi zamkami Starym i Nowym. Mamy szczęście bo w Kamieńcu zagaduje nas Sergiej, który jest z pochodzenia Polakiem. Sergiej oprowadza polskie grupy po mieście, więc umawiamy się na następny dzień na zwiedzanie zamku z przewodnikiem. Okazuje się, że wybór był wyborny – Sergiej nawiązuje świetny kontakt z dziemi (sam ma syna), opowiada ciekawostki, zagaduje pracowników obecnych na zamku, dołącza na chwilę do posiłku razem z nami. Dowiadujemy się wiele o epizodach z historii zamku powiązanych z Polską, a szczególnie Wołodyjowskim. To tutaj właśnie zginął, wysadzając prochownię w powietrze.

Odessa z dziećmi
Ukraina, Kamieniec Podolski – stary zamek
Odessa z dziećmi
Ukraina, Kamieniec Podolski – stary zamek
Odessa z dziećmi
Ukraina, Kamieniec Podolski – stary zamek

Wracamy krętymi i dziurawymi ukraińskimi drogami aby dorzeć do Bieszczad, przez Ustrzyki Dolne. Po przekroczeniu granicy widzimy wyraźną różnicę w jakości dróg, w zadbanych ogrodach i pięknych domach. Nasze serca cieszą się – jesteśmy znowu w naszej ukochanej Polsce! A Odessa z dziećmi to był świetny pomysł 🙂

« 1 z 2 »